"Zaprojektowanie silosu to nie jest ot tak, jak puszczenie bąka."
(Na ekranie pokazuje się zdjęcie świni z obrożą z transporderem na szyi)
"O, a tu mamy taką blond pannę... niczym panna młoda w noc poślubną, naga, jedynie z medalikiem od teściowej na szyi..."
"Karmienie kiszonkami jest praktyczne, gdyż się nie psują. Również ludzie używają kiszonych produktów, na przykład żurek. Każdy lubi żurek po zachlaniu..."
"Jeśli krowy są piękniejsze od kobiet, to znaczy, że jesteśmy w Holandii... przynajmniej tak twierdzą Belgowie."
"Piotr Wielki rozpił naród rosyjski. Wprowadził nakaz spożywania alkoholu w Rosji, aby mieć przychody z jego sprzedaży. Wtedy to wódka na stałe wpisała się w rosyjskie DNA."
"Krowa wtranżoli 50 kilo na dzień, słoń wpieprzy 150 kilo. Jeśli kiedyś pojedziecie do Indii, przyjrzyjcie się, ile taki słoń potrafi wpieprzyć."
Tak, notowałam słowo w słowo to, co mówił profesor... XD
Pierwszy wykład w uczelnianym życiu pierwszorocznych studentów. Zestresowani, siedzą na auli i słuchają wykładowcy.
- Na początek coś prostego, podstawowe rzeczy - mówi profesor i oczom młodziaków ukazuje się slajd zatytułowany "Wzór Matercarda", a pod spodem wzór na, bagatela, cztery linijki.
Studenci zamarli...
Profersor popatrzył po sali i rzekł usatysfakcjonowany:
- Napisanie tego wzoru w Power Poincie zajęło mi dużo czasu... ale widok waszych min: bezcenny. :D
Zmęczone zakupami i zmarznięte po wizycie w Zarze, udajemy się z Zochą na kawę. No i takie tam pogaduszki się odbywają...
- Wiesz co, załóż sobie facebooka... fajne jest - zachęca mnie siostra.
- Tak? A co tam się robi?
- Nooo... możesz takie różne testy robić... na przykład, jaką postacią z kreskówki jesteś.
- I co ci wyszło? Dee Dee, ta od Dextera?
- Nie... Tweety.
Pochyla się do mnie i scisza głos.
- I zrobiłam sobie jeszcze test "jaką szmatą jesteś?".
- Lol!
- Kumplowi wyszło coś takiego: "jesteś super-szmatą, z włóknami z mikrofibry!" A mi - mówi jeszcze ciszej i taka trochę smutno-zawstydzona - wyszło, że jestem zwykłą, szarą szmatą.
Biedna Zocha...
Zauważyliście reklamy po prawej? Dziwna sprawa, nie? Google mówi, że ich treść jest dobierana według zawartości bloga i stron przeglądanych przez użytkownika. Rozumiem "Atrakcyjne kobiety" (to oczywiście przez to, że opisuję mnie i moje przyjaciółki), rozumiem "Biustonosze dla karmiących" (notka o Aśce i Grzesiu na zakupach przedporodowych;)), no ale żeby "Sekrety Swawolenia p Dlaczego nie uprawiamy seksu jak zwierzęta?"... I nie wmówicie mi, że to z historii mojej przeglądarki, o nie! :D
edit:
Mówię do Zochy:
- Idź zobacz. Jesteś w notce.
- Tak? A co zrobiłam?
Patrzę na nią niewinnie - niech się sama domyśli?
- O mojej książce napisałaś?
- O właśnie! - zawołałam i przybiegłam tutaj, coś dopisać ;)
Zakupy trwają i jesteśmy w empiku, gdzie ćwiczę swoją silną wolę i nie kupuję książek. Patrzę sobie na fantastykę, a Zocha mówi:
- Pójdę do przewodników zobaczyć, może mają coś w stylu "agroturystyka w powiecie poznańskim"?
- Taaa, na pewno... nie będzie, dopóki TY nie napiszesz. I możesz zatytułować "Blondynka wśród agroturystyki"... Nie, nie, "Blondynka na farmie" będzie lepsze!
- Albo "Blondynka na gospodarstwie", swojsko... I zrobisz mi zdjęcie na okładkę, jak doję krowę!
- Ok! :D
Pozdrowienia dla Araii, która zostawia mi nocne monologii na moją poranną lekturę:)
Oczywiście, moi ludzie ciągle dostarczają mi rozrywki:) Na początek znowu o Milenie:)
Milena wysiada z pociągu na jakimś zadupiu. Wszyscy inni pasażerowie kulturalnie idą podziemnym przejściem, a Milenka-anarchistka hyc, hyc, przez tory. Nagle słyszy:
- Przepraszam panią, proszę tu podejść!
Był to głos policjanta, który wraz z kolegą patrolował okolice dworca. Nie mając wyjścia, przyłapana na gorącym uczynku Milena podeszła do nich.
- Czy wie pani, że za przechodzenie przez tory w niedozwolonym miejscu grzywna wynosi 500 złotych? Dlaczego nie poszła pani przejściem?
- Bo ja mam KLAUSTROFOBIĘ - wypaliła Milena.
Panów policjantów zatkało.
- Czyli co?
- Boję się zamkniętych przestrzeni - wytłumaczyła.
- Hmmm... a ma pani na to jakieś papiery?
- No przecież nie...
Puścili ją bez mandatu:)
Biesiada u Zochy trwa:) W dyskusji trwał aktualnie dość niesmaczny wątek z cyklu rozmów kulinarnych, a mianowicie jakie dziwne rzeczy można znaleźć w jedzeniu. (Heniu i ja ze stołówkowymi opowieściami miałyśmy najwięcej do powiedzenia).
- A Zocha znalazła raz robaka w czekoladzie! - powiedziałam.
- Wooow... - powiedziała przyjaciółka Zochy z liceum, Marta.
- Noo! - Zocha, słysząc własną historię z mych ust, postanowiła się wtrącić. - Ta czekolada była już otwarta jakiś czas, no ale była ładnie zawinięta w papierek i leżała w szufladzie. A mi się tak chciało czekolady! I biorę tamtą, chcę ułamać kawałek, a ona jakaś taka... rozmiękczona...
- Fuuu....
- Patrzę, a tam ROBAK! Taka biała glistka!
- Błe! Pewnie ogłuszyłaś go ultradźwiękami? Biedaczek - wykazała współczucie Marta.
- Ej, a może to znaczyło, że coś WYGRAŁAŚ? - zasugerował Heniu. - Może to był Orzechowy Czekoludek? I miał ci powiedzieć co dalej z wygraną, ale ty go ogłuszyłaś... XD
Popłakałam się... XD
U Henia w stajni. Na padoku jeżdżą dwie początkujące dziewczyny. Jedna z nich skarży się:
- Wiesz co, bo mnie tu coś w siodle uwiera...
- Nie marudź! Bo ci amputujemy nogę! - zagroziłam.
- Dziś robią takie ładne protezy, nawet lepsze niż naturalne nogi - pocieszył ją Heniu.
Dziewczyna wykazała się nadzwyczajnym optymizmem.
- A to nawet fajnie - powiedziała. - Protezy nie będę musiała golić... XD
Marta opowiada o swojej wycieczce do Czech, między innymi do ogrodu zoologicznego (bo trzeba zbadać, co ma konkurencja :)).
- No bo ja mam takiego pecha do aparatów i nigdy nie mam żadnych zdjęć. Jak jeszcze miałam zwykły aparat, to z reguły prześwietlałam kliszę. To myślę sobie: mam cyfrówkę, nie ma bata... Będą zdjęcia! Dojeżdżamy do zoo, wchodzimy do pawilonu z lwami. Wyciągam aparat i okazuje się, że baterie się wyczerpały. Wyciągam telefon - pik pik, naładuj baterię. Na szczęście stał tam automat z napojami... "Paweł" - mówię - "jesteś elektryk, skocz no za ten automat i poodłączaj kabelki". Tak więc staliśmy pół godziny i oglądaliśmy lwy, a mój aparat się ładował. :) A potem poszliśmy na to safari, ale co to tam za safari: bydło - zebra - koza - bydło - zebra - koza - koniec. I jeszcze tam parasolkę zostawiłam i oczywiście musiałam się potem wracać. Ale fajnie się jechało, takim piętrowym busikiem, fajna sprawa. No, ale za krótko.
- To my też możemy takie coś zrobić, weźmiesz melexa i będziesz ludzi wozić po wybiegu z zebu i kozami. :)
To wszystko na dziś. No, to do przeczytania:)
edit:
Zocha mówi, że czekolada nie była "rozmięknięta", tylko "SPRÓCHNIAŁA".
Jemy sobie obiad.
- Ostatnio czytałem, że urządzili bibilijny maraton - oznajmia Tata.
- Ale w sensie, że bieg? Czy czytanie? - pyta Zocha.
- Czytanie... w różnych kościołach po kolei czytają biblię... niezłe zajęcie...
- A skąd o tym wiesz? - zapytała Mama.
- Nooo, ee... w internecie przeczytałem...
- Ty w tym internecie dziwne rzeczy czytasz!
- No bo była dyskusja i włączyłem się do niej... - mówi Tata.
Wszystkie spojrzałyśmy zdziwione.
- I podpisalem się "Szatan"... hi, hi, hi...
Przy stole zapanował LOL, prychnęłam ryżem i pobiegłam z talerzem do zlewu.
- Idę to wrzucić na bloga! - krzyknęłam.
Sesja mi się skończyła i nie
muszę uciekać się do tak ostatecznych metod unikania nauki, jak pisanie notek.
Ale Ania pisze, że dziś Dzień Pisarzy, także w ramach tego święta coś stworzę. Jest
również Dzień Pierwiastka Kwadratowego, ale ani Ania, ani ja nie wiemy, jak to
świętować;)
Milena u mnie była. Co z tego
wynika: w moim radiu kręci się płytaAnalogsów i przybyło mi materiału opowieściowego do obróbki.
Milena pracowała w
Łebie, a mieszkała w odległości kilkunastu kilometrów. Między rzeczonymi
lokalizacjami mieści się teren zalesiony i polny, raczej z rzadka uczęszczany,
także Milena postanowiła zaryzykować jazdę samochodem bez prawka. Wsiadła w
cinkusia i jedzie przez las. Dotarła bezpiecznie niemal do przedmieść Łeby i
wtem z przeciwka nadjechał nieodpowiedzialny kierowca! Nie zważając na gabaryty
swego auta i ostry zakręt, ściął go niczym rajdowiec!
Przestraszona Milena skręciła w bok, na
pobocze i jakieś krzaczory. Zatrzymała się, rotrzęsiona. Ochłonęła i
postanowiła jechać dalej. Włączyła silnik, wrzuca jedynkę i gazuje…
BRRRRUM BRRRRUM BRUMMMM…
Mimo wysiłku, autko stało w miejscu. Milena wysiadła zbadać
sprawę.
Chociaż z perspektywy drogi pobocze
wydawało się dość równe, tak naprawdę było specjalną pułapką na nieostrożne
cinkusie. Podwozie oparło się o górkę, idealnie przeznaczoną do tego celu, a
koła zawisły w powietrzu. Pchanie nic nie pomogło.
Milena już pogodziła się z
utknięciem auta i pójściem do pracy pieszo, gdy wtem! Pojawili się rycerze na
białych koniach. A konkretnie, panowie z budowy w minibusie. Nasza bohaterka
zaczęła rozpaczliwie nawoływać i machać rękoma, a że damie w potrzebie odmówić
nie można, zatrzymali się.
- My pani to autko wypchniemy – powiedzieli. – Ma pani linę?
Milena nie wiedziała, czy ma linę, bo samochód został nabyty
zaledwie kilka dni temu i nie zaprzyjaźniła się z nim w tak znaczącym stopniu,
aby poznać jego wnętrze. Linka znalazła się jednak w bagażniku i przystąpiono
do operacji „uwolnić cinkusia”. Misją Mileny było siedzieć za kierownicą i
kręcić, nic nie tykać. No i transit ciągnie samochód, sytuację nadzoruje jeden
z tych pomocnych panów i daje znaki kierowcy busa. Nasza bohaterka, aby
wydostać się z pułapki, musiała wykonać bardzo gwałtowny skręt i kierownica
zablokowała się, ponieważ nie było kluczyków w stacyjce.
I tak autko, mimo iż
Milena naciskała hamulec z całej siły, zostało brutalnie przeciągnięte na drugą
stronę… i utknęło na kolejnym poboczu, a po drodze linka holownicza skosiła
biednego pana, który upadł i w panice odpełznął na pobocze! :D
Po zwiedzeniu i empirycznym
poznaniu roślinności drugiego pobocza, Milenie udało się wrócić na drogę, a
nawet bez dalszych przygód dojechać do pracy. Martwiła się jedynie rysą na
samochodzie, ciągnącą się konsekwentnie przez bok samochodu od bagażnika po
maskę. Ale co tam, wmówi się Łukaszowi, że taki już samochód kupił.
I
prawie obyłoby się bez wpadki, gdyby nie… lina holownicza i czapka jednego z
kolesi, które zostały na tylnym siedzeniu. Taki sprzęt wzbudził podejrzenia
życiowego towarzysza Mileny i wywołał różne wątpliwości… :)
I tym optymistycznym akcentem kończymy dzisiejszą notkę i
obchody Dnia Pisarzy. :)
Rozmowa u mnie przy kawce.
- Ja tak od tej sesji przytyłam! - żali się Heniu. - Ciągle tylko czekoladę jem i jem...
- No tak, albo od myslenia przytyłaś - mówi Martek. Na co Heniu:
- Słyszysz, Ągil? Od dziś nie mów do mnie "pączuszku", tylko "myślicielu" :)
Jasiu: (00:04)
tu jest pyt Jasiu: (00:04)
macica zwierzat domowch Jasiu: (00:04)
co ja mam tu napisac Fraziu: (00:05)
no jak to co, wszystko o macicy Jasiu: (00:05)
aha Jasiu: (00:05)
okok
po chwili:
Fraziu: (00:06)
AHA! Fraziu: (00:06)
ale macicy człowieka nie opisuj Jasiu: (00:06)
robi sie:D
Ściąga by Jasiu i Ania może nie nadawać się do użytku, więc na wszelki wypadek się uczę dalej, aż dorównam KRÓLICZKOWI ANATOMICZNEMU - mówi wszystko bez zaczerpnięcia oddechu!
Wbrew oczekiwaniom, dzisiejszy odcinek sponsoruje Tata, bo Zocha zaniemogła, leży w łóżku i ogląda Włatców Móch (moim zdaniem, przyczyną jej choroby jest tzw. odmóżdżenie). Ogólnie to została pokarana, bo poszła do lekarza i załatwiła sobie lewe L4, które się właśnie ulegalniło. Tak więc życzymy siostrze zdrowia, coby mogła dostąpić zaszczytu wystąpienia w mej blogowej telenoweli.
Chora Zocha snuje się po domu w piżamie. Mama mówi do Taty:
- Przynieś Zosi szlafrok z łazienki. Taki niebieski, gładki, bez wzorków.
Tata poszedł. Wrócił.
Z niebieskim szlafrokiem w baranki.
- To jest GŁADKI szlafrok?!
- No a nie? - zdziwił się Tata.
- A nie widzisz tych baranków? (Które mają ponad 10 cm średnicy i są wszędzie?)
- To są baranki? Myślałem, że wzorki są jakieś większe... Przecież jest gładki i niebieski...
Dobrze, że nie przyniósł białego w kwiatki. Bo chyba bym już całkiem zwątpiła...
Trwa rekrutacja nowych pracownic. Słyszę fragment rozmowy. Mama wkurza się:
- Ta nie, bo za gruba! Ta nie, bo za chuda! Ta nie, bo się jej boisz!
Zaintrygowało mnie to.
- Kto się kogo boi?
- Bo przyszła taka wielka baba i tata powiedział, że nie mogę jej zatrudnić, bo on się jej boi!
Duże jest złe!
OMG, Zocha jednak załapie się na notkę. Właśnie przyszła (wciąż w szlafroku w baranki) i mówi:
- Nie myślisz, że Niuniek ma coś z Czesia?
- Co?
- Łapie muchy ^^
Trzeba przytoczyć jakieś anegdotki z życia, bo inaczej o nich zapomnę... Poza tym tamta notka jest nieaktualna, już dawno nie mamy choinki. Tata odcinał po kawałku, jak Mama nie patrzyła, i wrzucał do kominka. Czekał na to od momentu, gdy drzewko zjawiło się w domu.
Chodzę sobie po kuchni w celu bliżej nieokreślonym, acz raczej spożywczym. Wyglądam również przez okno.
- Maaaaaaaamaaaaaa! Jacyś ludzie stoją pod naszym oknem!
- DZIECKO, ODEJDŹ OD TEGO OKNA, KOLĘDA PRZYSZŁA! Zapaliłaś światło?! Czyś ty zgłupiała?!!
A teraz część pt. "Heniu to wcielenie subtelności".
Wybrałyśmy się jak zwykle "na kawkę", co kończy się (jak zwykle) łażeniem po sklepach. Dotarłyśmy już do niemal do końca ul. Półwiejskiej i łazimy po H&M.
- Bo te kamizelki są fajne. Ale ja nie wiem. - mówię.
- Weź przymierz szybko - doradza Heniu.
Narzucam na siebie rzeczony ciuch i zerkam w lustro. Heniu z sąsiedztwa lustra przygląda się temu zdarzeniu. Nagle...
Na scenę wkracza BABA.
Wpycha się w wąskie przejście koło Henia, który uprzejmie ją przepuszcza. A ta staje bezczelnie w i tak małej przestrzeni między mną a lustrem, skutecznie zasłaniając widok.
Na takie zachowanie szczęka mi opadła, z opadniętą szczęką, zza baby wyglądam na Henia. Heniu ma taką samą minę, ale szybko opanował swoje zdziwienie... I jak się nie wepchnie między babę a lustro! I jak nie zacznie sobie czegoś na nosie oglądać... Akcja była błyskawiczna i skuteczna, baba se poszła.
A ja kamizelki nie kupiłam.
Wigilia internacka. (Tak, tak, byłyśmy ale "przyjechałyśmy się tylko najeść", czego nie omieszkałam powiedzieć pani Kierownik). Tłum w przejściu, zamieszanie, chaos ogólny. W tym chaosie porusza się patykowata postać pana G. od religii. Ruchy z pozoru mogą wydawać się bezcelowe, ale tak naprawdę to misja poszukiwawcza (czy może raczej pogoń) za dzieciątkiem pana G.
- Hm, hm - mruczy ni to pod nosem, ni to do Henia i mnie - Hmmmm, gdzieś tu jest mój bąk, gdzie on jest? Hm... - i oddalił się.
- Trzeba było go nie puszczać - poradził Heniu.
Zbieramy się już do wyjścia i żegnamy z gronem pedagogicznym zakładu karne.... eee, internatu. Pani Kierownik jak zwykle rozwodzi się nad wszystkim i wszystkimi:
- Oj dziewczyny, nie spodziewałam się, że przyjedziecie... że Żwirek przyjedzie, to wiedziałam; że Natalka przyjedzie, to wiedziałam... Ale że wy? No powiedzcie dziewczynki, coś wam z tego internatu zostało, prawda? Helenko?
Zwróciła się z tym pytaniem do złej osoby.
- Tak - odparł Heniu. - Budzę się przerażona w nocy...
Tak więc, dzisiejszy odcinek sponsoruje Heniu.
Fraziu: (21:59)
ja pisze notkę o tobie XD Fraziu: (21:59)
na blogu zaraz będzie Heniu: (22:00)
OMG piszesz o mojej OTYŁOŚCI!?!<ZŁY>
Nie, nie piszę :) Nie martw się, jak rozciągniesz koszulę Daniela, to będzie ją miał na stare lata, jak się roztyje od piwa i leżenia na kanapie, i oglądania MTV.
- Dla Zosi to ciężko kupić prezent, nic nie zbiera, kubków nie lubi, mało czyta... Ciuchy sobie sama kupuje... A na przykład z Mają nie miałam takiego problemu! Od razu widziałam, co jej kupić... i na pewno bardzo ci się spodoba! Nie mogę się doczekać, kiedy to zobaczysz! Na bank trafiłam z prezentem! - cieszy się Mama.
Mama się cieszy, a ja się tego prezentu BOJĘ...
Najwięcej radochy z choinki mają Tata i kot, bawią się łańcuchami i bombkami ku zgrozie Mamy.
Korzystając z tej rzadkiej ostatnio okazji, że się tu wypowiadam, życzę wszystkim wesołych świąt i oby przyszły rok był lepszy niż ten;]
(Nie wiem, czy to śmieszne. Ale po prostu MUSZĘ XD)
Nie wszyscy wiedzą, że Heniu i Marta noszą w swych sercach mroczną, odrażającą tajemnicę... którą niedawno mi wyjawiły. Po trzech latach mej niewiedzy i niepewności, tym bardziej, że byłam ten niewiedzy świadoma i była ta wiedza o niewiedzy bardzo upierdliwa.
Trzy lata temu to było. Pewnego wrześniowego dnia szkolnego Heniu i Marta wparowują do szatni z wyrazem totalnego niesmaku na twarzach, krzycząc od progu:
- Szybko! Dajcie nam coś do picia! O, fuuj!
- Bleee!
Nie da się takiej miny zrobić na zawołanie, mimo naprawdę wyćwiczonych mięśni mimicznych (Marta umie poruszać jednocześnie górną wargą w lewą stronę, a dolną w prawą! Cóż za koordynacja!) i nigdy nie widziałam takich paszcz ponownie. Bardzo byłam ciekawa, co też wywołało takie wrażenia kulinarne.
- Co wy zjadłyście? - zapytałam. Jedyną odpowiedzą były dalsze grymasy i jęki z rodzaju "bleeee", "fuj", "łeeeee". W końcu Heniu rzekł:
- No idziemy sobie ulicą, a tu mięso leży, głodne byłyśmy to zjadłyśmy...
- Cooo?
- Leżało no...
- Ale co?
- Mięsooo...
Innej odpowiedzi nie uzyskałam. Dla nierozumiejących - bo tacy się też znaleźli - Heniu żartował XD Obstawiałam różne warianty, nadgryzienie zepsutego jabłka, wypicie sfermentowanego soku... nie miałam pojęcia, jak daleka byłam od prawdy!
Trzy lata później...
W poniedziałek piekłyśmy z Martą pierniczki. Podczas tego kulinarnego procesu Marta znowu zrobiła dziwną minę... zapytałam:
- A co wy WTEDY zjadłyście?
Nie musiałam tłumaczyć, o jakie WTEDY chodziło, bo Marta od razu zwinęła się ze śmiechu.
- Poszłyśmy z Heniem i Bartkiem na fajkę za wiatę... i powiedziałam Bartkowi, że jestem głodna. No to Bartek, bo to dobry człowiek, wyciągnął kanapkę i mi dał... a ona była taka niedobra... chyba musiał ją z tydzień nosić... No i ugryzłam taki mały kęsek i mi się taka twarz zrobiła (tutaj demonstracja, niemozliwa do opisania), więc podaję Heniowi i mówię: masz gryza... I jadłyśmy ją takimi małymi kęskami, bo nam było głupio wyrzucić, a jak Bartek poszedł to szybko ją wywaliłyśmy... :D
Wczoraj wieczorem odbieram pocztę... i mój laptop coś podejrzanie długo nad tym myśli.
- No tak - mówię sobie. - Skubany, pewnie czyta moje maile.
Proces myślowy przybrał na intensywności, swoim zasięgiem obejmując Konnekta i Mozillę oraz ogólnie explorera.
- To już chyba klasyczny zgon. - stwierdziłam i brutalnie wyłączyłam komputer.
Po czym okazało się... że nie chce się z powrotem włączyć.
- O NIE! - zawołałam i pobiegłam do Taty.
- Tata, zepsułam komputer! Przyjdź go włącz, to na pewno się od razu naprawi, jak zwykle...
Niestety, nawet Ręce, Które Leczą nic nie zdziałały. Trwałam, pogrążona w żałobie.
- Trzeba go będzie oddać do naprawy.
- Wiesz co, może on po prostu musi ostygnąć? Z tamtym starym laptopem też mi się tak stało i po jakimś czasie po prostu się normalnie uruchomił... Spróbuję jeszcze rano.
Pełna nadziei położyłam się spać... Rano podjęłam ponowną próbę - nic. Zero oznak życia.
- Tata, dzwoń do serwisu, nie działa. Ale może nie trzeba będzie go tam oddawać, tylko nam powiedzą, co trzeba zrobić? - przerażała mnie myśl o rozstaniu z moim laptopem.
- Dobrze, już dzwonię.
No i tutaj się toczy typowa rozmowa, co się stało, jak, kiedy etc. Koleś z serwisu radzi:
- Może to jest coś po prostu z ekranem? Niech pan weźmie pod światło i zobaczy, czy coś widać.
Zanoszę trupa mojego komputera pod okno, włączam i... TADAAAA!
- DZIAŁA!
- Widzę, że wasz serwis ma uzdrowicielską moc nawet przez telefon - stwierdził tata. XD
- Jee! On po prostu chciał do słoneczka! Mój maleńki... <3
I na koniec, jako że Ir mi wkręciła znowu piosenki Nosowskiej: Na pewno znasz te poranki, gdy wszystko co widzisz, obietnicą cudu jest...
Btw, z boku macie blipa - obczajcie :D nawet fajne :D
Aśka lada moment zostanie szczęśliwą mamusią. Z racji swoich rozmiarów zdarza się, iż wysyła do sklepu swoją siostrę (jako obeznaną z tematem) i narzeczonego Grzegorza (bezpośrednio zainteresowanego), zamiast samej się kulać do punktu docelowego. A jak wiadomo, ciężarne kobiety mają swoje różne zachcianki i potrzeby... na przykład, osłonki na brodawki. Tak więc udali się razem do specjalistycznego sklepu, gdzie wydarzyła się następująca sytuacja:
- W czym mógłbym pani pomóc? - zapytał uprzejmnie sprzedawca.
- Szukam osłonek na brodawki - odparła siostra.
- Aha, to dla pani?
- Nie - odparł Grzegorz. - Dla mnie...
(Aśka zabroniła mi to opisywać, ale ja wiem, że ona tak tylko mówi, a naprawdę chce być sławna :D Ogólnie podczas mojej wyprawy do Wągrowca zdarzyło się mnóstwo śmiesznych rzeczy - jak to zawsze w obecności Kurczaka - ale niestety, nie pamiętam wszystkiego. Następnym razem będę zapisywać na bieżąco... bo na przykład przedwczoraj rano, mój tata powiedział coś bardzo zabawnego. I Nova mi nie wybaczy, jeśli sobie tego nie przypomnę...)
Wchodzę do pokoju Zochy i widzę stojącą na biurku, w połowie wypitą butelkę Nałęczowianki. Sięgam po nią.
- Nie pij tego - ostrzega Zocha.
- Czemu?!
- Bo śmierdzi glonami!
Krawcowa szuka kartonu z wieszakami do sukienek... Nagle natrafia na napis, nabazgrany na jednym pudle:
"Sókięki piendziesiont sztuk"
A po tej krótkiej przerwie wracamy do Zoo :]
Asia oprowadza jakiegoś chłopca na kucyku. Zasłyszany fragment rozmowy:
- A jak nazywa się ten konik? - pyta chłopiec.
- Kacperek, a ten drugi to Zosia.
- O, a ja mam koleżankę Zosię - ucieszył się mały jeździec. - Tylko, że w kształcie człowieka!
Miałam coś jeszcze zoologicznego opisać... i zapomniałam :(
*edit*
O, przypomniało mi się, miałam się do tego przyznać - bo inaczej Aśka mi nie wybaczy :D
Jedziemy koło Kurczakowego domu samochodem Asi (oczywiście, że czerwonym ferrari z odsuniętym maksymalnie siedzeniem, żeby się zmieściła za kierownicą ;p). Ja na tylnym siedzeniu rozglądam się i podziwiam okolicę.
- O, a tam z tyłu jakieś pieski idą...
- Maja - mówi Kurak. - To są owce... :D
Patrzę - ej, faktycznie owce! :D
(Btw, ja ogólnie mało spostrzegwacza jestem. Jadę sobie z Agatą i mówię: wiesz co, bo jak ja jadę samochodem, to czasami świateł nie widzę, albo znaku nie zauważę...
- O, a widzisz te światła?
- No bez przesady, aż tak źle ze mną nie jest... widzę, przy skrzyżowaniu.
- Ale nie chodziło mi o te!
- Eeee... a o jakie? XD
Ale za to Agata prawie by przejechała ludzi na pasach i nawet tego nie zauważyła, dobrze, że nie wyleźli zza tego mercedesa XD Jeszcze by w wypadku ucierpiała moja nowa piękna spódnica, która jest za mała na Zochę, SLYSZYSZ?! MASZ JEJ NIE NOSIC!!! ONA JEST MOJA!!!)
Przeprowadzamy żółwie z budynku do stawu. Gadzin było sporo, i to takich ważących ładnych parę kilo, więc przejechały na miejsce wózkiem. Trwa rozładunek transportu - ja podaję żółwie Bogdanowi, który wkłada je do basenu (bo "przecież nie będziemy nimi rzucać przez płot"). W pewnym momencie zrobiło się tłoczno, bo jacyś ludzie przyszli zobaczyć, co się dzieje.
Patrzę - a tu jakiś koleś tyka żółwia palcem w głowę.
- Proszę uważać, one gryzą! - ostrzegłam człowieka.
- Tak tak, oczywiście, wiem - odpowiedział i zabrał łapę.
Odwracam się, a po chwili patrzę - koleś znowu dźga żółwia paluchem, a ten tylko czeka z wyciągniętą szyją, żeby go chapnąć. No gorzej niż z dzieckiem.
Zirytowałam się i sięgnęłam po tego nieszczęsnego żółwia, chociaż miałam chyba z osiem w bliższym zasięgu. Pan Tykający Paluchem był wielce niepocieszony, a jego towarzyszka stwierdziła "Szkoda, że cię nie ugryzł, może byś się czegoś nauczył". XD
- Piękny kolor ma ta krewetka.
- Tak. To kardynalska purpura.
- Wow... rozróżniasz więcej niż 16 kolorów, lepiej niż stary komputer. XD
Czyszczenie stawku żółwi czerwonolicych (po spuszczeniu wody-zupy rozległ się zdziwiony okrzyk: "Wow, nie wiedziałem, że mamy tyle żółwi!" XD). Dominika i ja wyciągamy objedzone ryby siatkami do łowienia.
- Pomóż mi, wepchnij to swoją siatką do mojej...
- Proszę... Smacznego XD
- He, he, to się nazywa ryba w sosie żółwiowym :D
- Czekaj, idę to wyrzucić, zaraz wracam... - w drodze do składu odpadów pod krzakiem zadzwoniła do mnie Zocha.
- Maja, zadzwoń do taty i powiedz mu, że...
- Moment... zdechła ryba mi się przyczepiła - mówię, próbując wywalić rybi ogonek, który się przyczepił do siatki.
- CO?!
- Zdechła ryba... XD
- Już coś zabiłaś?! XD
Oprowadzamy dzieciaki na kucach. W pewnym momencie kuc, nie krępując się, zrobił siku. Jakiś chłopczyk zawołał oburzony:
- Mamooo! On sika! JA NIE BEDE NA NIM JECHAC!
Idzie sobie starsze małżeństwo przez pawilon akwarium. Myję zewnętrzne szyby w kolejnych akwariach, a oni powoli mnie doganiają, oglądając kolejne ryby.
- Hm, hm... rekin bambusowy... widzisz go? - pyta kobieta.
- Nie...
- Tu jest, pod kamieniem, tylko ogonek widać - wskazuję.
- A tu co? Mureny! Jedną widzę, o, i druga jest...
- Co to za rybka, która tu pływa? - pyta facet.
- To jest molinezja, na pokarm dla muren - wyjaśniam i otwieram zewnętrzną szybę, aby ją wyczyścić. Kobieta odskakuje przestraszona:
- Boże, to pani je teraz karmi?! To my się lepiej odsuniemy!
- Nie, nie... Ta rybka już tam pływa i pływa, a one jakoś nie chcą jej zjeść, bo wolą filety, nie chce się im polować.
Nie uspokoiło to jednak starszej pani. XD
- Idźmy stąd, nie chcę być świadkiem krwawych scen...
- Następnym razem weź strój kąpielowy, damy ci płetwy i maskę, będziesz pływać w dużym basenie z rafą koralową i czyścić szyby z glonów.
- Nieeee.... XD
Bogdan podkrada się i znienacka zakłada mi na głowę kaptur kurtki.
- Zaaa cooo? - pytam, znękana.
- Za-kapturzenie ^^
Koniec... na razie... chyba, że nie chcecie więcej XD
Stoimy w kolejce w Tesco. Ludzi tyle, jakby się pół Poznania zlazło na zakupy. Stoimy w kolejce i nudzi nam się niemiłosiernie. Zocha przynosi jakąś gazetę i przegląda, ja zerkam jej przez ramię.
Zocha dociera do stron z modą i patrzy na bluzkę.
- Ej, ktoś znajomy ma tą bluzkę! - woła ucieszona trafnym rozpoznaniem. Myśli jednak szybko: kto?
- Ej - dodaje po chwili. - Przecież JA mam tą bluzkę!
- I ty się dziwisz, że ja cię na blogu opisuję? XD